Blogosfera
Jaruga-Nowacka: Bieda ma twarz kobiety

Z Izabellą Jarugą-Nowacką, posłanką KP Lewica, rozmawia na łamach „Trybuny” Ewa Rosolak.
Uczestniczy Pani w Kongresie Kobiet Polskich, jako jedna z nielicznych przedstawicielek lewicy. A przecież więcej Was działało i walczyło podczas tego dwudziestolecia.
– Były na sali przedstawicielki lewicy. Widziałam Danutę Waniek, Jolantę Banach, Genowefę Grabowską, Zdzisławę Janowską, Zosię Grzebisz-Nowicką i wiele kobiet, które są nawet działaczkami partii lewicowych. Tyle tylko, że kongres był zaledwie dwudniowy, więc nie wszystkie mogłyśmy wziąć udział w tych – bardzo honorowych – dyskusjach plenarnych.
Co, oprócz widocznego poczucia wspólnoty i atmosfery radosnego święta, jest najważniejsze dla tego typu spotkań?
– Po pierwsze ten kongres nam wszystkim dodaje sił. Tak samo jak świadomość, że tak wiele kobiet zgromadziło się w Sali Kongresowej, że reprezentujemy tak wiele środowisk i grup kobiecych. To nie jest największe spotkanie kobiet, bo przecież, kiedy idziemy w tzw. manifie, jest nas 10 tysięcy. Tyle tylko, że tam nie może być żadnej debaty, ani wypracowywania strategii, bo na ulicy musimy wykrzykiwać swoje racje. Tu jest właściwszy klimat dla opracowania strategii.
Kobiety biznesu mówią, że mimo ciężkiej pracy, to było wspaniałe 20-lecie. Kobiety samotnie wychowujące dzieci, pracownice budżetówki i Pani, pokazałyście także mankamenty tego czasu.
– Bo my widzimy, że polska demokracja przyniosła szereg fantastycznych rzeczy i możliwości, ale też dla bardzo wielu kobiet okazała się niedobra, bolesna i wykluczająca. To nie jest przypadek, że bieda w Polsce ma twarz kobiety, że możemy mówić o feminizacji biedy. To nie jest przypadek, że art. 33 Konstytucji Rzeczypospolitej, mówiący o równych szansach kobiet i mężczyzn na rynku pracy jest dopiero do zrealizowania. Przecież my wciąż jesteśmy zwalniane w pierwszej kolejności, trudniej nam wrócić na rynek pracy, bo brakuje żłobków i przedszkoli. Kobieta czterdziestoletnia jest – w opinii pracodawców – za stara na przyjęcie do pracy, a młoda jest także zagrożeniem, bo może mieć dziecko. Mamy niższe place, o czym dobrze wiadomo od 18 lat. Mamy zawody sfeminizowane, wymagające ogromnej odpowiedzialności, wiedzy i postawy etycznej, za to płatne tak marnie, że zawsze poniżej średniej krajowej. Myślę przede wszystkim o nauczycielkach i o pielęgniarkach, które tyle razy protestowały, upominając się o godniejsze życie i godniejsze warunki wykonywania zawodu.
Przez 20 lat nie udało się także przekroczyć kilku granic demokracji, które wyznaczono zaraz po 1989 roku.
– Mówi Pani o prawach reprodukcyjnych kobiet, czy – używając języka bardziej akceptowalnego niż feministyczny – o miejscu postawienia granicy między prawami decydowania o macierzyństwie w Polsce. W tej sprawie dokładnie tam kończą się granice demokracji, gdzie zaczyna się sprzeciw Episkopatu.
Ładny szlagwort!
– To nie jest tylko zręczne, lapidarne powiedzenie. Można poprzez dokumenty, które wpływają i oddziaływują na decydentów, pokazać, że Kościół katolicki ma przemożny i decydujący wpływ na polityków, którzy – obawiając się reakcji Kościoła, a w efekcie swojej reelekcji – płacą prawami kobiet za święty spokój od 20 lat. Znowu mamy kolejną batalię o in vitro. Dlatego wierzę, że Sala Kongresowa, wypełniona trzema tysiącami kobiet, daje nadzieję na to, że tym razem wygramy kolejną ważną bitwę z tymi, którzy chcieliby w tym względzie kompletnie kobietę zdominować, kontrolować i – w okresie prokreacyjnym – traktować jako niepełnoprawnego człowieka.
Poszczególne środowiska i grupy zgłosiły liczne postulaty. Pani, między innymi, mówiła o imperatywie walki z wykluczeniem. Jak Pani to widzi?
– Zacznę od przyznania się do osobistej porażki. Dziś lewica jest słaba, ale przez 20 lat niekiedy dysponowaliśmy znaczną siłą, a mimo to nie udało się zatrzymać ultra wolnorynkowego kierunku przemian, który kazał wielu Polakom płacić bardzo wysokie koszty. Jest rzeczą niezwykle wstydliwą to, że mamy głodujące dzieci, ale również to, że ponad 12 proc. polskich obywateli żyje poniżej progu ubóstwa. Musi być dla nas mobilizująca świadomość, że prawie połowa obywateli ledwo wiąże koniec z końcem. To są bardzo trudne wyzwania. Dlatego po Kongresie ma powstać biuro, które będzie reagowało na różne zjawiska społeczne i wypracowywało plany działania. Bo zawstydzające zjawisko wykluczenia znacznej części Polek i Polaków musi wreszcie być rozwiązywane.
22.06.2009






