Blogosfera
Szmajdziński: Lewica stawia na Kwaśniewską

Z Jerzym Szmajdzińskim, wicemarszałkiem Sejmu, wiceprzewodniczącym SLD, rozmawia na łamach Polska The Times Mariusz Staniszewski.
Podoba się Panu sojusz z PiS?
Nie ma porozumienia z PiS. Jasno w tej sprawie wypowiada się Grzegorz Napieralski, przewodniczący SLD. Trudno, abym nie wierzył przewodniczącemu.
Trzeba być naiwnym, by nie widzieć, że partie współdziałają w sprawie mediów.
Oczywiście widzę, że ludzie kojarzeni z lewicą wchodzą do rad nadzorczych publicznego radia i telewizji. I uważam to za błąd. Tomasz Borysiuk, członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, pracował kiedyś w klubie parlamentarnym lewicy i zna wielu ludzi z tego kręgu. Oni byli mu do czegoś potrzebni, choć nie wiem do czego. Przecież bez nich nowa rada również mogłaby działać i wybierać rady nadzorcze mediów publicznych. Widocznie komuś zależało, by byli tam ludzie lewicy.
To mydlenie oczu...
Jeśli ludzie kojarzeni z lewicą zostaną szefami anten i programów, jeśli kierować będą ośrodkami regionalnymi, to zarzutu o współpracy oddalić się nie da.
Chce Pan powiedzieć, że na razie mamy tylko z koalicję PiS i Borysiuków?
Sojusz Witolda Kołodziejskiego, a przez to PiS, z rodziną Borysiuków jest oczywisty.
Tylko z nimi?
Praktyka zweryfikuje to oskarżenie o sojusz.
Oskarżenie? Aleksander Kwaśniewski i Józef Oleksy mówią, że PiS nie jest taki zły. Nie cała lewica brzydzi się PiS.
Inaczej odczytuję słowa Aleksandra Kwaśniewskiego. Są przestrogą dla Donalda Tuska.
Niektórzy odbierają te słowa wprost?
Są u nas różne nurty.
PiS i SLD mają małą zdolność koalicyjną. Czy przez to nie stają się sojusznikami?
Dla mnie PiS jest wrogiem, i to jego polityka o tym zdecydowała, a Platforma przeciwnikiem. Z wrogami nie zawiera się sojuszów. Różni nas wszystko: wartości, sposób widzenia państwa, stosunek do wolności i praw obywatelskich, sposób uprawiania polityki, ocena polityki. Słowem - wszystko. A także germanofobia i rusofobia, w których PiS przoduje. PiS jest antytezą SLD. Tu nie ma miejsce na porozumienie. Nawet głosowania w sprawach weta, choć były takie same, to miały zupełnie inne powody, inną argumentację. Tak było też w sprawie ustawy medialnej.
Z przeciwnikiem możecie się układać?
W polityce kompromisy bywają wartością, i ja jestem człowiekiem porozumienia, no ale nie za wszelką cenę. A Platforma jest do tego specyficznym przeciwnikiem, bo wśród zwolenników rządu Donalda Tuska jest część elektoratu lewicy. Poparła ona PO w 2007 r. i dziś aprobuje jej politykę przede wszystkim ze względu na strach przed PiS. To jest pierwsza rezerwa lewicy, którą można pozyskać jedynie pod warunkiem, że nie będzie się wchodziło w konszachty z Prawem i Sprawiedliwością. Jeśli zawrze się z nimi sojusz, to tę rezerwę stracimy.
Wolałby Pan sojusz z PO?
Dziś najważniejsze jest zwiększenie poparcia. To wyborcy decydują o miejscu, jakie zajmuje się na scenie politycznej. W 2007 r. powiedzieli: jesteście w opozycji. Trzeba zrobić wszystko, by 2011 powiedzieli: możecie współrządzić, bo podoba nam się wasz sposób prowadzenia polityki i wartości, jakie prezentujecie.
Nie boi się Pan Grzegorza Schetyny?
Już nikogo się nie boję. Z Grzegorzem Schetyną znam się od lat. O polityce rozmawiamy twardo, a na przykład o sporcie miękko. Ale trzeba przyznać, że Platforma jest najtwardszą i najbardziej agresywną ekipą od 20 lat. Wykorzysta wszystko i wszystkich, którzy mogą pomóc Donaldowi Tuskowi zdobyć prezydenturę. Sztab wyborczy umieszczony w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów działa pełną parą.
Siatkarze stali się ofiarami tego sztabu?
Nie winiłbym siatkarzy, ale pracowników związku. Nie pierwszy raz działacze sportowi są naciskani przez swojego przełożonego, by sportowcy nie spotkali się z prezydentem. Tłumaczenie, że siatkarze nie mogli się spotkać z prezydentem w poniedziałek wieczorem, bo byli spoceni i zmęczeni, jest śmieszne. Przecież do nocy pojawiali się w różnych studiach telewizyjnych i wyglądali świetnie. Sposoby nacisku są proste. Można przecież powiedzieć, że jest kryzys i musimy ciąż wydatki. Choć moja wersja jest oczywiście tylko hipotezą.
Aleksander Kwaśniewski mówi, że byłby Pan świetnym kandydatem na prezydenta, ale wcześniej chwalił Andrzeja Olechowskiego.
O Olechowskim mówił, że ma odpowiednie kwalifikacje, ale zadeklarował, że będzie głosował na kandydata lewicy.
Chciałby Pan wystartować?
To nie jest jeszcze czas na określanie się. Kierownictwo SLD przyjęło taki plan: najpierw Grzegorz Napieralski będzie rozmawiał na ten temat z Jolantą Kwaśniewską. Wynik tej rozmowy ma być publicznie przedstawiony. Wtedy dowiemy się, czy kandyduje, a jeśli nie, to czy udzieli nam poparcia. Ona cieszy się przecież potężnym zaufaniem. Później ma się odbyć rozmowa z Włodzimierzem Cimoszewiczem. Gdy on zajmie stanowisko w sprawie kandydowania, także Grzegorz Napieralski musi się zastanowić, czy jest gotów wystartować. Po to przecież zostaje się szefem partii, by to przywództwo weryfikować w najważniejszych wyborach. Jeśli nie chce, to musi znaleźć do tego wiarygodną argumentację.
Mógłby dostać mniej głosów niż SLD.
Skąd w panu tyle pesymizmu?
On mówi, że jest za młody.
Po rozstrzygnięciu tych trzech spraw, trzeba znaleźć taki sposób wyłonienia innego kandydata, który wiązałby emocjonalnie, moralnie i politycznie ludzi lewicy z tym kandydatem. Oni powinni o tym decydować. Jeśli będą mieli poczucie uczestnictwa w wyborze, to jest nadzieja, że zaangażują się w prace przy kampanii. Przestaną myśleć w kategoriach, że lepszy Tusk niż Kaczyński. Zrozumieją, że Kaczyński nie ma szans, więc lepiej popierać kandydata lewicy. A to będzie piekielnie ważne dla tysięcy ludzi lewicy przed wyborami samorządowymi.
Mówiąc o aktywności, ma Pan na myśli prawybory?
Niekoniecznie. Prawybory zamykają się do członków partii. Takie decyzje trzeba wyciągnąć z gabinetów polityków, a włączyć w to ludzi. To mogą być otwarte zebrania ludzi związanych z lewicą, członków organizacji pozarządowych, które z nami współpracują, związków zawodowych. Obecnie członkowie rad wojewódzkich SLD konsultują się z fachowcami, jak ten proces zorganizować.
To brzmi jak próba przełamania niemocy, w jakiej znajduje się SLD.
Cieszę się, że coraz więcej moich kolegów myśli w ten sposób.
Sytuacja jest taka: najlepszym kandydatem jest Jolanta Kwaśniewska, dalej Włodzimierz Cimoszewicz, następnie Grzegorz Napieralski, a potem się zobaczy?
Tak wynika z dzisiejszych sondaży i mimo jasnych deklaracji niektórych kandydatów niektórzy z nich są weryfikowani w badaniach opinii publicznej. To utrudnia zbadanie szans innych osób.
Kandydat lewicy wystartuje… No właśnie, co po? Na zwycięstwo nie ma szans.
Musi startować z zamiarem zwycięstwa. Nie może przecież wyjść z planem policzenia wyborców lewicy. Takiej kampanii nie ma.
Wasz kandydat jest raczej w sytuacji reprezentacji piłkarskiej niż siatkarskiej.
A może koszykarskiej… Oczywiście, wyjściowo tak. Dlatego ważne jest, by zbytnio nie zwlekać z wyborem kandydata. On będzie potrzebował dużo czasu na to, by opinia publiczna oswoiła się z tym, że on może być nie tylko dobrym kandydatem na prezydenta, ale też prezydentem. Mamy tu przecież dużą dysproporcję. Donald Tusk zaczął swoją kampanię dzień po tym, jak przegrał poprzednie wybory, Lech Kaczyński zaczął kampanię dzień po zaprzysiężeniu, a my ciągle nie mamy kandydata. Nie możemy więc czekać do wiosny.
Na mikołaja, a najpóźniej na Gwiazdkę, powinniśmy poznać kandydata lewicy.
Przy świątecznych stołach Polacy powinni mieć możliwość porozmawiania o kandydacie lewicy.
17.09.2009










