Blogosfera

Szmajdziński: Kilka słów w ważnej sprawie

Lektura poczty, którą w ostatnich miesiącach otrzymuję drogą tradycyjną i elektroniczną, a także systematyczna lektura listów czytelników „Trybuny” do swojego pisma nie pozostawiają wątpliwości – najmniejszy przejaw współpracy SLD z PiS wywołuje reakcję wręcz alergiczną. Okazuje się, że wyborcy lewicy pamiętają każdą obelgę, która pod adresem Sojuszu została w przeszłości wypowiedziana i do dziś każdą czują się głęboko oburzeni.

Kumacie się z PiS-em, nie będę na was głosował; zawsze byłam za wami, nawet jeśli wszyscy byli przeciw, ale tego, że dogadujecie się z PiS-em, wam nie wybaczę, najwyżej nie pójdę do wyborów; cały nasz blok na was głosował, są tu byli wojskowi, teraz nie będziemy, niech Kaczyńscy na was głosują… Tak w skrócie można opisać stan nastrojów. Za tę gorycz jako członek Sojuszu Lewicy Demokratycznej, członek władz partii, czuję się w jakiejś mierze odpowiedzialny.

Jest jednak też inny powód, który sprawia, że lektura takich listów nie należy do przyjemności. Uświadomiłem bowiem sobie, jak wiele jest niezrozumienia między nami, między działaczami partyjnymi a ludźmi życzącymi naszej partii dobrze, ludźmi lewicy, naszymi wyborcami. Widocznie nie potrafimy dotrzeć z naszymi intencjami do naszych wyborców. Z drugiej strony wydawałoby się, że od ludzi, którzy – jak można się domyślać – przeszli z nami przez ogień i wodę, mamy prawo oczekiwać rozumienia się w pół słowa. Sądzę więc, że trzeba sobie w tej sprawie powiedzieć kilka słów.

Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem – nieważne, kto i z jakich powodów opuścił nasz klub parlamentarny, mimo że do Sejmu dostał się z naszych list. Rzeczywistość jest taka, że klub liczy 43 osoby. Stało się tak dlatego, że nasi tradycyjni wyborcy ze strachu przed PiS przenieśli swe głosy na Platformę Obywatelską. Stracili wiarę, że my możemy skutecznie bronić ich godności i prawa do dumy z własnego życia.

PO swojej polityki nie zmieniła

Platforma Obywatelska jednak, mimo że zmieniła język polityki, celów polityki wobec lewicy nie zmieniła. Poparła Janusza Kurtykę na szefa IPN i toleruje jego szkodliwą działalność.

Głosowała za najbardziej represyjną formą Centralnego Biura Antykorupcyjnego i akceptowała ją wraz z Mariuszem Kamińskim jako jego szefem do chwili, gdy ten zwrócił się przeciwko niej. To, co teraz się dzieje z CBA, jest tylko samoobroną PO.

Pragnę zwrócić uwagę, że przy tej okazji nie ma ze strony PO żadnych sygnałów, iż zamierza ona ukrócić samowolę służb specjalnych choćby poprzez ograniczenie możliwości podsłuchów, o wzmocnieniu kontroli nad służbami nie mówiąc. Nie nastąpiła też radykalna zmiana w pracy prokuratury, która nadal, jak za czasów PiS, jak chce, to pod pozorami legalności robi, co chce.

Platforma milczy wobec przejawów zatracania świeckiego charakteru państwa. W tych sprawach, tak jak w sprawie in vitro, Platforma to poseł Gowin.

Warto też nie zapominać, że Platforma przyłożyła rękę do ustawy, którą można by nazwać: „o odpowiedzialności zbiorowej funkcjonariuszy milicji i SB”. Wszystko, co 43-osobowy klub mógł zrobić, to oddać sprawę do Trybunału Konstytucyjnego, który jednak wyraźnie nie ma ochoty się za nią zabrać.

Gdyby było nas więcej, gdyby nasi wyborcy nie dali się oczarować panu Tuskowi, taka ustawa w ogóle z Sejmu by nie wyszła. Nie mówiąc już o odbieraniu emerytur żołnierzom, także frontowym, którzy wysłużyli je sobie wieloletnią służbą dla ojczyzny. Nie tak im ojczyzna powinna odpłacać, jak odpłacają pan Tusk z panami Kaczyńskimi.

Brudne uszy nie mogą być normą

Autorzy listów piszą do mnie z wyrzutem, że czepiamy się afer PO, a o aferach PiS milczeliśmy. I w ogóle po co to, skoro każdy ma jakieś afery na sumieniu.

Otóż to, że każdy ma coś za uszami, wcale nie oznacza zgody na uznanie brudnych uszu za normę. Byliśmy i jesteśmy za tym, żeby takie przypadki tępić. Nie kto inny tylko rząd SLD-PSL-UP jest autorem przepisów antykorupcyjnych. Na ogół się o tym nie pamięta, bo pamięta się, że przyszedł producent filmowy do redaktora „Gazety Wyborczej”. Po latach poważni ludzie – na przykład Aleksander Kwaśniewski, Waldemar Kuczyński, Janusz Reykowski – dochodzą do wniosku i mówią o tym publicznie, że była to afera bardziej medialna niż rzeczywista. Nawet Włodzimierz Cimoszewicz w jednym z wywiadów powiedział: „To, że Lew Rywin przyszedł do Agory z propozycją ewidentnie korupcyjną, jest faktem. Natomiast w jakich okolicznościach to robił, czy w porozumieniu z kimś – to nie zostało nigdy jednoznacznie rozstrzygnięte” („Gazeta Wyborcza” 7 – 8.11.09).

No, ale trudno, co się stało, to się nie odstanie. Tyle tylko że kto ma nas rozumieć w tej sprawie bardziej niż nasi wyborcy, ludzie lewicy? Wypominając nam tę „aferę” proszę nie zapominać, że po wielomiesięcznym śledztwie prokuratura, działająca przecież pod rządami pana Ziobry, musiała się poddać nie natrafiwszy na żadną „grupę trzymającą władzę”. Wobec tego faktu reszta jest publicystyką.

Życie nie zna próżni

Wyrzuca się nam konszachty z PiS – na przykład w telewizji i radiu. Zgadzam się, że takie wrażenie powstało i że nie jest to wrażenie najlepsze. Jednak w sprawie mediów publicznych chcieliśmy współpracować z Platformą, był już nawet uzgodniony zakres tej współpracy, czyli przyjęty przez obie strony projekt ustawy medialnej. Tylko że pan Tusk w ostatniej chwili zerwał umowę. Czy w to miejsce powstała umowa z PiS? Nie wiem, przewodniczący partii zapewnia, że nie, nie mam powodu mu nie wierzyć. Nie dziwiłbym się jednak za bardzo, gdyby jakaś forma współpracy nieformalnie się ukształtowała. Życie nie zna próżni, a Sojusz Lewicy Demokratycznej na nadmiar możliwości komunikowania się ze swoimi wyborcami nie może narzekać.
Jak być może niektórzy z naszych sympatyków pamiętają, gdy na skutek inicjatywy prezydenta Kwaśniewskiego ówczesna przewodnicząca KRRiTV zainicjowała tzw. nowe otwarcie w publicznych środkach przekazu, to Platforma korzystając z okazji, na nikogo i na nic się nie oglądając, po prostu przejęła radio i telewizję na własność. Prezes Dworak i jego ludzie wszystkich kojarzonych jakoś z lewicą wycięli w pień. Nikogo, nawet najbardziej moralnie uwrażliwionych komentatorów, to nie oburzało i nie oburza. Skoro więc wtedy nie mieliśmy wpływu na nic, a teraz być może jakiś wpływ na coś mają ludzie związani z lewicą, to z tego punktu widzenia „teraz” jest lepiej niż „wtedy”.

Od Was zależy nasza siła

Ludzie kojarzeni z lewicą nie powinni być gorzej traktowani od ludzi PO czy PiS. Ale zawsze lepiej, aby jakichkolwiek podejrzeń o współpracę z PiS nie było.
Kontynuując wątek „konszachtów” z PiS chciałbym zapytać, czy nasz elektorat naprawdę nie widzi, że 43-osobowy klub parlamentarny może być krytykowany właściwie przy każdym głosowaniu? Gdy zagłosujemy tak jak PO – to wtedy jesteśmy „przystawką PO”, gdy zagłosujemy tak jak PiS – to wtedy jesteśmy jego „przystawką”, którą ono – jak się nas przestrzega – zaraz połknie.

Połkną nas jedni, albo drudzy, jeśli Pani i Pan oraz Państwa rodzina, znajomi i sąsiedzi będą obdarzali swymi głosami wszystkich, tylko nie swoich. Proszę się pozbyć złudzeń – dla lewicy PO jest w gruncie rzeczy PiS-em, tylko w wersji łagodniejszej.

Muszę zresztą powiedzieć, że pan Tusk nawet się specjalnie nie wysila. Jest pewien, że gdy przyjdzie czas, wyciągnie bacik i bez trudu zagoni lewicowy elektorat do swojej zagrody. Tak było w poprzedniej kampanii i tak będzie teraz: „głosujcie na nas, bo przyjdzie PiS i znowu wam kości porachuje”.
Wyborcy lewicy, ci, którzy w 2007 r. poparli PO, a także ci, którzy odsunęli się od polityki, powinni uwierzyć, że popierając SLD nie przyczynią się do powrotu PiS do władzy. SLD ma zdolność do współpracy i współdziałania. Dziś nie jest najlepiej, ale znów może być inaczej.

Partia to nie bazar

Inny wątek silnie obecny w listach dotyczy dość licznych, miejscami udramatyzowanych doniesień mediów o konfliktach w partii. SLD od chwili ogłoszenia „szorstkiej przyjaźni” rzeczywiście jest partią, w której prymat mają rywalizacja i konkurencja, często szkodliwe, w budowaniu zintegrowanej grupy politycznej, zwłaszcza kierowniczej. Towarzyszy temu wykorzystywanie mediów przez anonimowych działaczy do głoszenia rozmaitych koncepcji i teorii obecnych w różnych grupach zdezintegrowanego Sojuszu. Trzeba jasno powiedzieć: to broń obosieczna.

Dwa najświeższe przykłady można znaleźć w „Rzeczpospolitej” z 24 listopada br. („Grzegorz Napieralski zawarł pakt o nieagresji?”) czy w dzienniku „Polska. The Times” z 21.11 („Beton wybierze Szmajdzińskiego”). Formułowanie przez anonimowych działaczy tez, że ktoś się porozumiał, ktoś ustąpił i przez to legły w gruzach plany modernizacji i reformowania partii, jest równie bałamutne co szkodliwe. Można oczywiście traktować partię jak bazar, na którym wszystko jest towarem. Trzeba jednak wyobrazić sobie konsekwencje takiego postępowania. One nie będą służyły całej nasze politycznej wspólnocie. Tymczasem wciąż jeszcze możemy budować lewicową, solidną, sprawną i potrzebną ludziom partię polityczną, mogącą odegrać istotną rolę w najlepiej pojętym interesie Polski. Potrzeba tylko więcej kolektywizmu, zbiorowego namysłu i dążności do uzgadniania poglądów w miejsce gier sprowadzających się do liczenia głosów potrzebnych do zdobycia lub utrzymania władzy. To kwestia wyboru.

Jerzy Szmajdziński wicemarszałek Sejmu, wiceprzewodniczący SLD

Źródło: Trybuna

26.11.2009

Powrot