Blogosfera

Kwaśniewski: Najlepszym kandydatem jest Szmajdziński

Z Aleksandrem Kwaśniewskim, b. prezydentem RP rozmawiała na łamach „Faktu” Sonia Termion.

Donald Tusk, rezygnując z kandydowania na prezydenta, tłumaczył, że zależy mu na realnej władzy, a nie prestiżu, pałacu...

– To fatalna argumentacja, choćby ze względu na prestiż Polski. Brzmi też niewiarygodnie, bo pięć lat temu Donald Tusk robił wszystko, by być na tym stanowisku. Gdyby wygrał, to dziś by tak sprawy nie stawiał. Takie podejście do prezydentury będzie też kulą u nogi kandydata PO. Bo o co on ma walczyć? O urząd, który jest bez znaczenia, który sprowadza się do pałacu i żyrandoli? To skieruje uwagę wyborców na innych kandydatów – Szmajdzińskiego, Olechowskiego...

Co pana zdaniem kierowało premierem, gdy podejmował decyzję o rezygnacji z ubiegania się o prezydenturę?

– Po pierwsze, chęć zachowania przywództwa w PO i jedności partii. Ta byłaby zagrożona po jego odejściu. A walka o sukcesję mogłaby być kłopotem przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi. Widać, że nauka płynąca z doświadczeń SLD z 1995 roku, gdy odszedłem z partii do Pałacu Prezydenckiego, nie poszła w las.

Czyli rozumie pan premiera.

– Być premierem w Polsce to wielka władza i honor. Niewątpliwie Tusk ma powody, by zastanawiać się, czy warto tę pracę porzucać i ryzykować, kandydując na prezydenta. Poza tym kampania prezydencka jest bardzo spersonalizowana, pełna brudnych chwytów. Donald Tusk, ciężko doświadczony przegraną kampanią w 2005 roku, nie ma wielkiej chęci rezygnować z tego, co ma, i ryzykować w takiej właśnie wielomiesięcznej walce politycznej. Sam nie wiem, jaką decyzję bym podjął, gdybym w 1995 roku był premierem.

Doceniam decyzję Tuska, bo na pewno nie była łatwa i niesie istotne ryzyko. Mam nadzieję, że teraz rząd zacznie pracować, a nie myśleć o kampanii. Minione dwa lata zostały trochę zmarnowane przez to, że ciągle była ona gdzieś tam z tyłu głowy. Dotychczas rząd miał problemy z tym, by przeprowadzać wielkie projekty. Poza orlikami, mam kłopot ze wskazaniem autorskich sukcesów tego gabinetu. Bowiem stan gospodarki w czasie kryzysu to zasługa wielu rządów i milionów ludzi.

A ograniczenie wcześniejszych emerytur?

– No tak, ale znaczących dla przyszłości Polski projektów nie zrealizowano. Dla mnie wielkim sprawdzianem dla tego rządu będzie wprowadzenie Polski do strefy euro w rozsądnym czasie. Po wejściu do Unii i NATO byłoby to ostatecznie zakotwiczenie nas w nowoczesnej Europie.

Mówi pan, że Tusk nie startując, ryzykuje – czym? Co by świadczyło o porażce jego koncepcji?

– Przegrana kandydata PO na prezydenta. Ponowny wybór Lecha Kaczyńskiego, czego przecież wykluczyć nie można.

Ciągle się słyszy, że Kaczyński jest niewybieralny.

– To nieprawda. Dziś jego wygrana wydaje się trudniejsza niż łatwiejsza, ale na pewno nie jest on w sytuacji Juszczenki. Rezygnacja Tuska otwiera wyścig na nowo, bo żaden kandydat PO nie będzie dysponował takim kapitałem popularności jak obecny premier.

A jak kandydat PO wygra?

– To można będzie powiedzieć, że plan się powiódł. Chociaż oczywiście będzie to z uszczerbkiem dla powagi urzędu prezydenta. Ewidentnie Donald Tusk chce mieć głowę państwa pod swoją kontrolą. Ma ona być wykonawcą poleceń partyjnych. Co spowoduje, że prezydent PO niewiele będzie się różnił od prezydenta PiS. Tymczasem bycie skutecznym prezydentem w Polsce oznacza jego ponadpartyjność, dystansowanie się od własnej partii. Dlatego ja kończyłem kadencję z ponad 70-procentowym poparciem, a Lech Kaczyński kończy z 20-proc. Obywatele chcą bowiem „prezydenta wszystkich Polaków”. Pytanie, czy przyjmujemy tę koncepcję, czy tę Jarosława Kaczyńskiego – że prezydent jest podwładnym szefa partii i melduje mu wykonanie zadania.

Na miejscu szefa Tuska wybrałby pan na kandydata Komorowskiego czy Sikorskiego?

– Nie wciągnie mnie pani w tę debatę. Niech PO się wykokosi sama.

Jako ponadpartyjny kandydat reklamuje się Olechowski...

– Najlepszym kandydatem jest Jerzy Szmajdziński, bo on gwarantuje i niezależność, i ponadpartyjność, i powagę urzędu, ma też stosowne doświadczenie i świetną żonę.

Chwali pan Szmajdzińskiego, tymczasem ciągle się słyszy, że obiecał pan poparcie Olechowskiemu. On sam ogłosił w „Rzeczpospolitej”, że będzie prosił pana i Lecha Wałęsę o poparcie. A bliscy panu ludzie, np. Robert Smoleń, już zdążyli go poprzeć. To coś oznacza?

– Nic, poza tym że Andrzej Olechowski jest bardzo poważnym politykiem i ma wszelkie kwalifikacje, by walczyć o prezydenturę. Nie wiemy, jak dalej będzie się toczyć kampania, a przede wszystkim druga tura. Oczekiwanie Olechowskiego, że ja czy Wałęsa będziemy go popierać... Na pewno nie będziemy kwestionowali jego kompetencji. Ale ja jestem związany z Lewicą i to zamyka temat.

Mam rozumieć, że do drugiej tury będzie pan popierał Szmajdzińskiego?

– A może on wejdzie do drugiej tury. Dziś go popieram. Możliwych jest kilka scenariuszy.

Zapytam inaczej – wyklucza pan poparcie Olechowskiego?

– W tym sensie go popieram, że uważam, iż ma on wszelkie powody i kwalifikacje, by startować w tych wyborach. Różnie może być. Możemy porozmawiać za trzy, cztery miesiące. Ale moje miejsce jest przy kandydacie Lewicy.

Andrzej Olechowski, związany z wielkim biznesem, korporacjami, byłby dobrym kandydatem Lewicy?

– Lewica ma swojego kandydata. Partia parlamentarna nie może nie wystawiać swojego kandydata na prezydenta. Od początku mówiłem Olechowskiemu, że kandydatem SLD jest Szmajdziński

Oleksy i Miller wrócili do SLD. To odgrzewanie kotletów czy nowa ofensywa?

– Działamy na rzecz likwidacji wewnętrznych podziałów, by pomóc Szmajdzińskiemu i SLD. Ale spektakularne powroty nie zastąpią prawdziwej kampanii i walki o głosy.

Zapomniał pan już o szorstkiej przyjaźni z Millerem i gadulstwie Oleksego? Urazy poszły w niepamięć?

– Chowanie uraz to luksus w polityce, nas na to nie stać. Polityk powinien mieć pamięć, ale nie być pamiętliwy. Wybaczanie to dowód siły, nie słabości.

Widzi pan dla Lewicy szansę na odbicie się od dna?

– Czas smuty lewicowej dobiega końca. Jest szansa na mocniejsze wejście do gry w kolejnych wyborach – prezydenckich, samorządowych i parlamentarnych. Ale odpowiedzialność dźwiga szefostwo tej partii.

A przełknąłby pan koalicję SLD z PiS, po kolejnych wyborach?

– Gdybym ja był liderem Lewicy, to inaczej bym to poprowadził. Czas łagodzi spory. Ale czy partia, która nosi w sercu pamięć Barbary Blidy i ma przekonanie, że Prawo i Sprawiedliwość ma krew na rękach, może się z PiS porozumieć? Czy możliwe jest porozumienie z partią, której jednym z głównych argumentów był, momentami zoologiczny, antykomunizm? Jednak za dużo widziałem w polityce rzeczy niemożliwych, które się stały, by powiedzieć, że to niemożliwe.

02.02.2010

Powrot