Blogosfera
Miller: Śledczy chcą skalpu premiera

Z Leszkiem Millerem, byłym premierem, rozmawia na łamach POLSKA The Times Joanna Miziołek.
Wczoraj Donald Tusk stanął przed komisją śledczą. Pan był w takiej sytuacji siedem lat temu. Jak się Pan czuł jako premier polskiego rządu, który zeznaje przed komisją.
To jest stresująca sytuacja. Chociaż oczywiście dla premiera Tuska pewnie mniej, bo teraz te komisje śledcze nieco się już opatrzyły i zużyły. Ja wtedy miałem do czynienia z pierwszą komisją, która miała o wiele większy wpływ niż obecne. I o wiele większa siłę rażenia.
Miała potężniejszą siłę rażenia, bo śledczy byli lepiej przygotowani? Czy afera była większa?
Nie dlatego. Po prostu to była pierwsza komisja. I wywoływała wiele większe zainteresowanie niż te dzisiejsze.
Jeśli te dzisiejsze ani nie budzą zainteresowania, ani nie wyjaśniają sprawy, jaki więc jest ich sens?
Komisja śledcza jest areną walki politycznej i jej opozycyjni członkowie mają jeden cel: przynieść skalp premiera. A Donald Tusk się oczywiście przed oskalpowaniem broni. One na samym początku wydają wyrok, apotem szukają uzasadnienia przyczyn. A ponieważ są tam przedstawiciele rozmaitych ugrupowań, to jest też kilka wyroków. Wiadomo, że opozycja ściga premiera rządzących, a rządzący członkowie chronią swoich przyjaciół. To jest taki teatr, który odbywa się na oczach wyborców, i chodzi o to, by wypaść w miarę wiarygodnie i nie popełnić żadnego katastrofalnego błędu.
Czy zdaniem Pana Premiera Platforma Obywatelska z komisji hazardowej wyjdzie bez szwanku?
Katastrofalnego błędu nie popełniła, ale trudno wyjść całkowicie obronną ręką z komisji śledczej, dlatego że w oczach opinii publicznej sam fakt przesłuchania przez nią nie jest traktowany pozytywnie. Dla wielu ludzi widok premiera przed komisją śledczą jest takim sygnałem, że jednak - skoro Tusk musiał tam pójść i się tłumaczyć - ma coś za uszami. Komisja śledcza na pewno nie pomaga ugrupowaniu, przeciwko któremu jest zwołana. Jakieś straty Platforma oczywiście poniesie, pytanie tylko - czy będą duże, czy małe.
Pana partia po komisji ds. Rywina poniosła duże straty, a Pan podał się do dymisji.
Afery Rywina do tej sprawy nie można porównywać, bo to było wydarzenie bez precedensu. Zapoczątkowało proces destrukcji spotęgowany tym, że ówczesny marszałek Sejmu Marek Borowski wraz z trzydziestoosobową grupą posłów wyszedł z SLD. I zorganizował swoją partię. To byłoby tak, jakby marszałek Komorowski dzisiaj zorganizował konkurencyjną partię, wziął ze sobą kilkudziesięciu posłów i wyszedł z PO. To miałoby katastrofalne skutki dla Platformy i dla Tuska. Nas to spotkało jako SLD. Nie sądzę, żeby w tej chwili taki drugi Borowski się znalazł w Platformie.
A teraz, po latach, nie uważa Pan, że popełnił błędy podczas przesłuchania przez komisję śledczą? Nie ma Pan sobie nic do zarzucenia?
Podczas przesłuchania nie. Natomiast można było stosować te triki, które dzisiaj są używane przez Platformę. Mogliśmy przykryć tę komisję. Na przykład, skoro trzeba było powołać komisję ds. Rywina, to trzeba było też powołać komisję do spraw badania prywatyzacji PZU. Tak, żeby nie było jednej, tylko od razu dwie. Wtedy uwaga opinii publicznej by się rozmyła. Powinniśmy byli stosować technikę Platformy, że kiedy jakiś ważniejszy świadek na komisji występuje, to się robi inne wydarzenie medialne, które to przykrywa.
Przemawia przez Pana cynizm.
Nie. Dlaczego? Ja po prostu jestem pełen uznania dla specjalistów, którzy doradzają premierowi, że takie wydarzenia tworzą. Chapeau bas, premierze Tusk. Ale podczas przesłuchania premiera żadnego takiego wydarzenia nie było. No bo zapewne uznano, że premier da sobie radę i nie ma powodu, żeby odwracać uwagę od jego przesłuchania. Dzisiaj zapewne się przekonamy, jaki jest rozkład opinii publicznej, bo na pewno jakieś badania zostaną przeprowadzone. I jeśli sondaże pokażą, że większość ludzi uważa, że premier wygrał, to dodatkowy punkt dla PO. Jeżeli uznają, że przegrał, to dodatkowy problem.
Wczoraj premier był ostrożny w słowach. Pan podczas przesłuchania taki wstrzemięźliwy nie był. Może niepotrzebnie.
Ja wtedy powiedziałem to słynne zdanie: „Jest pan dla mnie zerem, panie Ziobro". Powiedziałem to na zimno i celowo, na samo zakończenie przesłuchania. Ten protest był adresowany do mojego środowiska politycznego, które bardzo dobrze go przyjęło. Natomiast rolą premiera na posiedzeniu takiej komisji jest być nudnym. Nie powiedzieć nic ważnego, nic oryginalnego, żeby nie było potem co komentować. Więc skoro premier Tusk był wczoraj nudny, to wykonał swoje zadanie.
Jest Pan autorem słynnego zdania, że prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. To jak po aferze hazardowej skończy Donald Tusk?
No nie, premier Tusk na razie nie kończy. Bo zapowiedział, że będzie dalej starał się utrzymać stanowisko premiera i zamierza wygrać wybory parlamentarne. To powiedzenie dla Tuska będzie aktualne dopiero za kilka ładnych lat.
05.02.2010










