Blogosfera

Jasiński: Partyjna kasa, czyli fakty i mity o finansowaniu polskich partii

Dziennik „Rzeczpospolita” w dniu 19 lutego 2010r. w artykule opatrzonym tytułem „Partyjny haracz w roku wyborów” epatuje czytelników jaką to wielką „kasę” mają w Polsce partie polityczne. Wskazuje się na kilkudziesięciomilionowe kwoty, które z budżetu państwa uzyskują wszystkie ugrupowania parlamentarne.

Swoją drogą tego typu informacje i sposób ich przekazu może sugerować, że również poważne dziennik zaczęły tracić rynek i zaczynają się „tabloidyzować”.

Przedstawienie informacji o finansowaniu partii z budżetu ma zapewne na celu uświadomienia społeczeństwu, jakim to rzekomo partie są pasożytem i jakie ogromne środki z budżetu otrzymują. Śpieszę z wyjaśnieniami. Kwoty uzyskiwane z dotacji to w skali budżetu państwa kropla. Warto zastanowić się czy inne instytucje, urzędy i agencje rządowe i podmioty samorządowe nie przeżerają większych kwot, nad czym nie ma odpowiedniego nadzoru, a do czego wielokrotnie uwagi zgłasza Najwyższa Izba Kontroli. Poza tym, śmiem twierdzić, każda złotówka wydawana przez partię, jest przez działaczy trzy razy oglądana co do zasadności jej wydania, bowiem fundusze są właśnie ograniczone, a Państwowa Komisja Wyborcza stosuje wręcz drakońskie metody kontroli i agresywne postanowienia skutkujące zawieszeniem lub cofnięciem dotacji (kazus rozliczenia paru tys. złoty za stare samochody w SLD chociażby). Czy inne instytucje finansowane z budżetu też tak mają?

Zastanówmy się nad innym aspektem. Demokracja – władza ludu, dla ludu i sprawowana przez lud – jak każdy ustrój polityczny kosztuje. Kosztują czteroprzymiotnikowe wybory (równe, powszechne, wolne,  tajne), kosztują instytucje przedstawicielskie (rady samorządowe, sejmiki, sejm, senat, prezydent) i administracyjne (aparat samorządowy, rządowy). Kosztować więc i musza partie polityczne, które są jednym z elementów ustroju politycznego i wypełniają w nim istotną rolę, szczególnie w rywalizacji podmiotów politycznych, grup społecznych, walki o interesy grupowe. Słowem uczestniczą w pełni w budowaniu i umacnianiu ustroju demokratycznego (inne partie działać nie mogą). Dlaczego więc nie mają być finansowane z budżetu, szczególnie że ich udział w wydatkach państwa jest znikomy?

Z tych założeń wychodzi się także na Zachodzie, do którego standardów przecież ustawicznie dążymy i który chcemy dogonić jak najprędzej. Tam także spotyka się finansowanie partii z budżetów. Artykuł w „Rz” pokazuje także, jak to funkcyjni członkowie partii muszą płacić na jej rzecz (posłowie, senatorowie, radni). Są to tzw. składki specjalne. Krótko je charakteryzując jest to część uposażenia, diety mandatariusza, który wpłaca na rzecz swojej macierzystej partii. To z jednej strony podkreślenie łączności z partią, jej współfinansowanie, a zarazem spłata pewnego zobowiązania. To partia w Polskim proporcjonalnym systemie wyborczym (w większości) stawia kandydata na listę partyjną, prowadzi kampanię i prowadzi do sukcesu. Zachodnie partie opierają się także w dużej mierze na wysokich składkach członkowskich. W Polsce są one symboliczne, bo czy złotówka albo 5 miesięcznie to kwota znacząca? Ponadto w naszym kraju nie ma tradycji składania dobrowolnych wpłat tego typu, czego nie można powiedzieć np. i Wielkiej Brytanii. Nie można zatem, jak autor artykułu, nazywać składek członkowskich „partyjnym haraczem”, bo świadczy to o niewiedzy i kompletnej ignorancji lub tanim populizmie.

Z kolei Igor Janke, w komentarzu do artykułu, raczył dokonać porównania polskiej partii do holdingu, dobrze prosperującej firmy, która ma towar, musi go sprzedać, ma marketing, dystrybucję, reklamę etc. Tylko że Pan Janke się nieco zagalopował. Celem istnienia przedsiębiorstwa, potocznie zwanego firmą, jest osiąganie zysku lub odtworzenie sił wytwórczych (w zależności od szkoły ekonomii). Celem partii jest gromadzenie kapitału, uzyskiwanie zysku, lecz reprezentowanie interesów środowiskowych, grup społecznych, przeobrażanie zastanej rzeczywistości społecznej i gospodarczej. Porównanie z firmą może być o tyle zasadne, że księgowość musi być prowadzona, czasem nawet bardziej restrykcyjnie (kontrole PKW). Zdaniem Jankego partie zatrudniają tabuny doradców. Bardzo to ciekawe, szczególnie patrząc na ilość bezrobotnych politologów, socjologów i innych specjalistów.

W Polskie przestrzeni publicznej nadal pokutuje mit tzw. „aparatu partyjnego”, ale nie rozumianego jako pojęcie politologiczne, lecz jako zjawisko występujące pod tą nazwą w okresie Polski Ludowej. Wielkie zdziwienie ludzi budzi fakt, że partie nie zatrudniają już setek ludzi, nie mają ogromnych gmachów i nieruchomości w każdej gminie, mieście. O ile nie dziwi takie zachowanie wśród ludzi, którzy z tym nie mieli nigdy do czynienie, to zastanawiające jest to, ze spora część politologów także nie ma o tym wiedzy. Spotkałem się kiedyś z pytaniem ile jest etatów na szczeblu powiatowym. Wielkie było zdziwieniem, gdy udzieliłem odpowiedzi, ze etaty są – pół na województwo i kilka w centrali. Tak obala się mit o „aparatach partyjnych” w Polsce. Jednym z politologów, który właśnie chciał zgłębić meandry polityki jako praktyk jest dr Marek Migalski, który w przedmiotowym artykule o składach specjalnych powiedział tak: „To jest odpowiedzialność wobec partii. Niepłacenie to świństwo”.

Bartłomiej Jasiński
Wiceprzewodniczący SLD w Olsztynie

19.02.2010

Powrot