Blogosfera
Szmajdziński: Smuga cienia

Odszedł Krzysztof Teodor Toeplitz, KTT. A to oznacza, że zamknęła się pewna, znacząca karta historii polskiej kultury. KTT od lat odciskał na niej swe niekoniunkturalne piętno. Był człowiekiem lewicy z rodzinnej tradycji, z własnego wyboru. Wbrew modom, a w ostatnich latach także demonstracjom, takim pozostał. Lewica zawsze leżała mu na sercu – jej wielkość i jej głupota, jej misja i tej misji zaprzeczanie, jej wiara i jej wiarołomstwo. KTT, jak rzadko kto, nie tylko potrafił dostrzec, ale też inteligentnie wyszydzić polskie przywary. Te niegroźne – nie mierzenie zamiarów podług sił, udawanie szczerości, głupie mody, i te groźne, wykoślawiające człowieczeństwo. We wszystkim, co pisał była Polska, choć najczęściej nie nazywana wprost. Stanisław Anioł, gospodarz domu przy Alternatywy 4, to przecież kwintesencja polskiego wyemancypowanego przez PRL, chama. Z kolei inżynier Karwowski, to ktoś także z PRL, ale ktoś sympatyczny, twórczy, ktoś komu również zależy na karierze, kto podlega mechanizmom jej osiągania, ale ktoś, kto w żadnym razie nie jest Aniołem. „Czterdziestolatkowi” i „Alternatywom 4” KTT potrafił nadać walor ponadczasowy – czyż dziś Polska nie jest zamieszkiwana przez Aniołów i Karwowskich? Gdy tak patrzę wokół, to choć przecież PRL już nie ma i w ogóle wszystko się zmieniło, ciśnie mi się na usta pytanie: których dziś jest więcej,.
A „Mława atakuje” – wielki tekst Toeplitza w proteście przeciwko ksenofobii, nietolerancji sięgającej aż po granice nienawiści. Czy jesteśmy pewni, że mamy to już za sobą, że ten tekst KTT może już spokojnie leżeć na półce?
Był też KTT człowiekiem mediów – i to nie tylko praktykującym, ale również kreującym. Jedna z najlepszych jego książek poświęcona tym problemom: „Dokąd prowadzą nas media”, jest wręcz wizjonerska. Niestety ci, którzy powinni z niej wyciągnąć jakieś wnioski, nie zrobią tego, bo właśnie są jej bohaterami. Ci którzy degenerację mediów dostrzegają, mogą ten proces obserwować w bezsile, bo media nie potrzebują lustra.
Toeplitz z równym co o kulturze, o mediach i o filmie zaangażowaniem, pisał o lewicy. Wspierał ją intelektualnie, podpowiadał tropy i wściekał się, kiedy postępowała nie tak, jak według niego postępować powinna. Często zatracała się w jego pasji granica między wolnością publicysty, a regułami politycznego postępowania, jednak bezsprzecznie KTT pisał dla lewicy rzeczy ważne, czasem wręcz fundamentalne. Nigdy nie żałował jej krytyki, cierpkości, nie był koniunkturalistą, co niejednemu naszemu krytykowi łatwo wchodziło w krew, ale też nigdy nie odmówił pomocy. Jesteśmy mu sporo winni. Bez przesady Krzysztof Teodor Toeplitz był w jakiś sposób „sumieniem lewicy”.
Ostatnio to sumienie dawało o sobie znać rzadziej. Nie tylko dlatego, że był coraz bardziej chory. Choć ciągle miał wiele dopowiedzenia, wielcy świata mediów nie chcieli go słuchać. KTT nie był bohaterem współczesnego romansu. Dziś raczej dominują charaktery, którego on nigdy nie miał … Niestety dzisiejszej nocy KTT przekroczył „smugę cienia”. Przychodą mi na pamięć słowa napisane przez Stanisława Lema:
Nic z tego, co się nie spełniło, już na pewno się nie spełni; i trzeba się z tym pogodzić milcząc, bez strachu, a jeśli się da — i bez rozpaczy.
Jerzy Szmajdziński
30.03.2010










