Blogosfera

Miller: Wynik wyborów zależy od telewizyjnych debat

Rozmowa z Leszkiem Millerem, b. premierem RP.

Nie zdziwił pana wynik wyborczy Grzegorza Napieralskiego?

Grzegorz Napieralski prowadził bardzo aktywną kampanię wyborczą, wyszedł do ludzi, rozmawiał z nimi i widać było, że mu zależy. Poza tym przedstawił program lewicy, który w dużej mierze pochyla się nad problemami najuboższej grupy społeczeństwa. Napieralski mówił i o równym dostępie do edukacji, służby zdrowia, i o podniesieniu minimalnego wynagrodzenia. To musiało zaowocować takim, a nie innym wynikiem. Ale przyznam szczerze: ten wynik był lepszy niż się spodziewałem.

Musi pan czuć satysfakcję, bo od początku stał pan murem za Napieralskim.

Nie będę zaprzeczał. Twierdziłem, że szef Sojuszu Lewicy Demokratycznej powinien wystartować w wyborach, mimo iż w samym Sojuszu nie wszyscy byli do tego przekonani. Ale zdarzało się już wielokrotnie w kampanii prezydenckiej, że początkowe sondaże nijak się miały do wyników końcowych wyborów, a w Napieralskim jest potencjał. On ma osobowość, i co widać, potrafi przyciągnąć i przekonać do siebie ludzi. Poza tym, czas kampanii to zawsze bardzo dobry moment na zaprezentowanie swoich poglądów i stanowiska lewicy w kluczowych sprawach dotyczących życia społecznego czy ekonomicznego Polaków. (...)

Co lewica powinna teraz zrobić z tym wynikiem wyborczym?

Nie zmarnować. Ten wynik pokazał, że lewica wzbudza emocje. W dzisiejszych czasach, kiedy polityka jest swego rodzaju show, kiedy jej spora część rozgrywa się w mediach, ważne - jeśli nie najważniejsze - jest to, aby wzbudzać emocje. To nie muszą być emocje pozytywne, mogą być negatywne, ale jakieś. Najgorzej, jeśli coś jest ludziom obojętne, ani ich parzy, ani ziębi. Teraz, na bazie tych emocji, trzeba budować potencjał polityczny i próbować walczyć o program, wchodząc np. w rządowe koalicje.

Może naszedł czas, by połączyć się z innymi lewicowymi ugrupowaniami?

Pytanie, czy inne ugrupowania lewicowe będą chciały z Sojuszem współpracować, bo z tego, co wiem, niektóre nie wyraziły takiej gotowości. Ale ma pani rację, dobrze byłoby, aby wszystkie lewicowe ugrupowania mówiły tym samym głosem, bo to wzmocniłoby lewą stronę sceny politycznej i sprawiło, że jeszcze bardziej by się z nią liczono.

Wspomniał pan o programie, który też przyczynił się do sukcesu: in vitro, parytety. Czemu nie załatwiliście tych spraw, kiedy byliście u władzy?

Nigdy nie mieliśmy większości. Naszym koalicjantem był PSL, a on nie przełknąłby nowych ustaw w takiej formie, w jakiej chcielibyśmy. Poza tym, jako premier, miałem poważniejsze zadania, np. wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej. To był nasz główny cel. Jak wiemy, to wejście było poprzedzone referendum. Gdybyśmy zaraz przed nim zaczęli dyskutować o aborcji lub in vitro, rozpętałaby się burza, bo to tematy, które zawsze wzbudzały emocje. Nie mogliśmy sobie wtedy pozwolić na wroga w postaci Kościoła, bo przecież i bez tego w kraju nie brakowało sceptyków Unii i naszej do niej przynależności. Mówiąc brutalnie, musieliśmy odłożyć część naszych postulatów do czasu, kiedy znajdziemy się we wspólnej Europie.

Źródło: Polska The Times

24.06.2010

Powrot