Wystąpienie Jolanty Szymanek-Deresz podczas sejmowej debaty o polityce zagranicznej Polski w 2009 r.

Wystąpienie Jolanty Szymanek-Deresz podczas sejmowej debaty o polityce zagranicznej Polski w 2009 r.

Panie Marszałku! Państwo Ministrowie! Wysoka Izbo! Panie Ministrze! Pozwoli pan, że zacznę swoje wystąpienie nie od pana słów, ale od słów Hilary Clinton, która, obejmując urząd szefa dyplomacji amerykańskiej, powiedziała: W Ameryce rozpoczyna się nowa era. Mam nadzieję, że będzie to dotyczyło również stosunków amerykańsko-polskich, których jakość została na odchodne przez prezydenta Busha podkreślona w następujący sposób. Otóż prezydent Bush, żegnając się ze swoimi dotychczasowymi współpracownikami, zapomniał o Polsce. Nie wykluczam, że prezydent Bush uważał, że od takiego partnera jak Polska należy - tak jak od wasala - tylko żądać, wymagać, niekoniecznie zaś należy traktować go po partnersku. Usprawiedliwieniem dla prezydenta Busha może być od biedy fakt, iż mógł nie wiedzieć, do kogo ma wykonać ten pożegnalny telefon, czyj głos, pana premiera czy pana prezydenta, reprezentuje Polskę na arenie międzynarodowej. Tak więc jeśli chodzi o polską politykę zagraniczną, warto mieć świadomość, o czym tak naprawdę dzisiaj dyskutujemy, czy o tym, co przedstawia, prezentuje pan premier, czy o tym, co głosiło i głosi do dzisiaj Prawo i Sprawiedliwość, reprezentowane przez pana prezydenta.

    Nowa era może rozpocząć się nie tylko w Stanach Zjednoczonych, co zostało zasygnalizowane przed kilkoma dniami w Monachium przez wiceprezydenta Joe Bidena. Przewartościowania swojej polityki pod wpływem zmian, jakie zaszły w Waszyngtonie, dokonują Europa, Chiny, Japonia, Indie, Rosja. Powinna dokonać tego także Polska. Joe Biden mówił w Monachium o nowym tonie. W wystąpieniu pana ministra nie dostrzegłam korespondującej z tym tonacji.

    Pan minister w styczniu w ˝Gazecie Wyborczej˝ mówił z nadzieją, iż współpraca dwustronna Polski i Stanów Zjednoczonych w okresie prezydentury Baracka Obamy wejdzie na jakościowo wyższy etap. Tym samym w jasny sposób przyznał pan, że etap dotychczasowy nie był odpowiedni, jeżeli chodzi o realne możliwości obydwu krajów. Dlaczego? Można się tylko domyślać, że Warszawa nie czuje się kluczowym partnerem Waszyngtonu. Ale czy tego nie było widać wcześniej? Panu prezydentowi wystarczyło jedynie przyjacielskie spojrzenie prezydenta Busha. Dlaczego nie dostrzegaliśmy nieprofesjonalizmu amerykańskiego prezydenta, rozluźnienia atlantyckich więzi łączących Amerykę z Europą czy też doprowadzania do światowego kryzysu?

    Podczas panowania prezydenta Busha pozwoliliśmy na narzucenie nam warunków porozumienia w kwestii tarczy antyrakietowej. Był to także niewątpliwy błąd. Sojusz Lewicy Demokratycznej był konsekwentnie temu przeciwny. Naszym zdaniem projekt dotyczący tarczy uwzględnia przede wszystkim, jeśli nie wyłącznie, interesy strony amerykańskiej, zwiększając nasze zagrożenie choćby dlatego, że czyni nasz kraj państwem frontowym.

    Na szczęście sprawę tarczy rozwiąże zapewne sam Barack Obama, odkładając - zgodnie z oczekiwaniami SLD - ostateczną decyzję ad calendas Graecas. Waszyngton chce bowiem zawrzeć z Moskwą nowy układ o redukcji zbrojeń, co stanowi dla Stanów Zjednoczonych dodatkowy argument za odstawieniem tarczy na półkę. Niewątpliwie na podjęcie takiej decyzji może mieć wpływ także konieczność wydatkowania przez Stany Zjednoczone prawie 900 mld dolarów na ratowanie własnej gospodarki. Nie jest wykluczone to, że podobnie jak w Polsce oszczędności będzie się szukać w ramach przemysłu zbrojeniowego.

    W tym miejscu przypomnę jeszcze ostatni, wystosowany do Stanów Zjednoczonych, apel Niemiec w sprawie rezygnacji z tarczy oraz niezwykle ostrożne stwierdzenie wspomnianego już wcześniej wiceprezydenta Joe Bidena, który powiedział w Monachium, że Stany Zjednoczone będą rozwijać system obrony przeciwrakietowej, o ile okaże się on skuteczny i ekonomicznie racjonalny. Ta sprawa będzie także konsultowana z NATO i z Rosją. Panie ministrze, czy zatem podpisanie umowy nie było zbytnią nadgorliwością?

    Słusznie mówi pan, że Polska powinna zabiegać o podtrzymanie specjalnych relacji z Waszyngtonem. Mam nadzieję, że relacje te nie będą polegały, tak jak dotychczas, na stałym obiecywaniu przyznania wiz i dostarczaniu niesprawnych F-16. Wyraził pan niezadowolenie z dotychczasowego stanu współpracy Polski ze Stanami Zjednoczonymi, co każe z optymizmem patrzeć w przyszłość. Nareszcie dostrzegamy nasze błędy. Niestety, Polska nie była nigdy samodzielnym podmiotem w polityce amerykańskiej, a pierwsze wypowiedzi nowego prezydenta oraz jego administracji zdają się świadczyć o tym, że także i teraz może się na to nie zanosić.

    Głos Polski będzie słyszany w USA, o ile będzie słyszany w Europie - to amerykańska wypowiedź. Panie ministrze, czy nadal będziemy traktowani instrumentalnie, wykorzystywani do realizacji celów amerykańskiej polityki prowadzonej wobec NATO i Unii Europejskiej? Czy nam to wystarcza? Mamy przecież, i słusznie, większe aspiracje dotyczące naszej roli. Jeśli tak, to o jakie aspiracje dotyczące relacji ze Stanami Zjednoczonymi chodzi? Pan minister apeluje o to, aby głos z Warszawy był nie tylko słyszany, ale także analizowany w Waszyngtonie. Niestety, nie wiemy tylko, czyj powinien on być: pana premiera czy pana prezydenta, nie mówią oni bowiem jednym głosem.

    Wysoki Sejmie! Pan minister w swoim wystąpieniu z maja minionego roku poczynił wiele uwag na temat NATO. Doszedł do konkluzji, że Polska zamierza pozostać czynnikiem aktywizującym ten pakt. Niestety, dzisiaj nie usłyszeliśmy nic na temat efektów tamtej, złożonej przed rokiem, deklaracji. NATO potrzebuje oczywiście nowej koncepcji strategicznej. Dyskutujemy o tym na każdym posiedzeniu Zgromadzenia Parlamentarnego NATO. Czy nie nadszedł już czas właśnie na to, aby opracować tę koncepcję? Na czym ma polegać nasza rola? Świat też oczekuje zmodernizowania systemu bezpieczeństwa. Czy ten system ma zostać zbudowany na podstawie struktur ONZ czy NATO? Jaki jest w tej sprawie głos Polski?

    Panie ministrze, dobrze się stało - gratulujemy dokonania takiego wyboru - że do rozmów dotyczącychnowej koncepcji strategicznej NATO został wydelegowany pan minister Adam Rotfeld.

    Wysoka Izbo! Na wstępie powiedziałam, że świat pod wpływem zmian, jakie zaszły w Ameryce, zamierza zmienić swoją politykę zagraniczną. Dostrzegam to przede wszystkim w odniesieniu do Rosji, czego pan minister właśnie chyba nie dostrzegł i nie dostosował tonacji swej wypowiedzi do tonacji wypowiedzi prezydenta Obamy i wiceprezydenta Bidena. Stosunki Polski i Rosji od wielu lat, delikatnie mówiąc, nie są najlepsze. W tym obszarze panują niestety dwa rodzaje polityki. Pierwszym z nich jest grożenie Rosji prezydenckim palcem, co miało miejsce podczas ubiegłorocznego konfliktu między Rosją a Gruzją. Pan prezydent, zajmując jednoznacznie antyrosyjskie stanowisko, straszył Polaków i świat, mówiąc: Dziś Gruzja, jutro Ukraina, a pojutrze zapewne Polska. Na szczęście lżejszy od rusofobii Lecha Kaczyńskiego jest drugi kierunek naszej polityki, prezentowany przez rząd pana premiera Donalda Tuska, nazywany ˝rusofobią cywilizowaną˝, jak określił ją rosyjski politolog Michaił Leontiew.

    Pomimo to, podczas ubiegłorocznej wizyty w Warszawie, minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow zaprezentował pogląd, iż Rosji zależy na dalszych kontaktach z Polską i Unią Europejską. W słowach rosyjskiego ministra usłyszeliśmy właśnie ten nowy ton, Rosja pogodziła się z tym - Rosja pogodziła się z tym - że polska jest integralną częścią Zachodu. Panie ministrze Kowal, powtarzam: Rosja pogodziła się z tym. Rosja zaczęła widzieć w Polsce ważnego członka Unii Europejskiej, który także może mieć wpływ na decyzje Unii dotyczące Wschodu.

    Tak więc Rosja chce z nami rozmawiać, a Sojusz Lewicy Demokratycznej uważa, że powinniśmy szeroko skorzystać z tej oferty, aby pokazać nie tylko Moskwie, ale także Unii Europejskiej - w której pogląd o naszej rusofobii jest niestety powszechny - że może być inaczej. To Polska powinna wciągać Unię Europejską, a także NATO do skutecznego, poważnego dialogu z Rosją. To Polska powinna namawiać Moskwę do takiego dialogu z Brukselą. Wspólna polityka europejska wobec Rosji staje się koniecznością, wspólna z założenia, a nie wymuszona kryzysami w relacjach z poszczególnymi państwami.

    Odblokowanie negocjacji z Rosją, panie ministrze, o czym pan mówił w ubiegłorocznym wystąpieniu i o czym usłyszeliśmy dzisiaj, to nie jest kategoria sukcesu, to jest pierwszy etap budowania relacji. I ten pierwszy etap miał miejsce przed rokiem. A co dziś konstruktywnego, efektywnego pojawiło się w tych naszych relacjach?

    Potrzebę wciągania Rosji w struktury zachodnie dostrzega nowy prezydent Stanów Zjednoczonych. Może to będzie wskazówką dla nas, bowiem dziś już wiemy, że Waszyngton chce w swojej polityce zagranicznej kłaść nacisk na partnerstwo, a nie na dominację. Prezydent USA, którego polityczne przekonania wobec Moskwy nie były kształtowane w okresie zimnej wojny, ma zapewne inny obraz Rosji.
    Czy Polska ma jakikolwiek plan, jak pomóc amerykańskiemu prezydentowi? Nie myślę tu o naszych relacjach wewnątrz Unii z Rosją, bo temu pan minister poświęcił najwięcej miejsca w swoim wystąpieniu, jeśli chodzi o Rosję. Myślę o naszych bilateralnych kontaktach. Panie ministrze, jakie są losy zaprezentowanej w listopadzie ubiegłego roku tak zwanej doktryny Sikorskiego? Dziś słuch o niej zaginął.

    Przypomnę, że podczas wykładu na posiedzeniu Rady Atlantyckiej pan minister oświadczył, że rząd premiera Tuska nie chce konfrontacji z Rosją oraz że Polska jest ostatnim krajem, który chciałby powrotu do zimnej wojny. Polska nie może jednak udawać, że w stosunkach Zachodu z Rosją nic się w ostatnim czasie nie działo. Każda kolejna próba zmiany granic w Europie siłą lub przez działania wywrotowe powinna być traktowana przez Europę jako zagrożenie bezpieczeństwa i spotkać się z proporcjonalną odpowiedzią całej wspólnoty transatlantyckiej.

    Panie ministrze, czy ktokolwiek podchwycił nasz sygnał? Czy było przedłożenie na grudniowym posiedzeniu Rady Ministrów paktu? Mówimy o Rosji, to jaką korzyść miała przynieść ta doktryna w budowaniu relacji z Moskwą? Wielka też szkoda, że pan premier Donald Tusk po styczniowym spotkaniu w Davos z premierem Putinem nie potrafił nam niczego powiedzieć choćby o rozmieszczeniu rakiet Iskander w obwodzie kaliningradzkim, co było wtedy czołową informacją we wszystkich serwisach światowych, a raczej o zaniechaniu rozmieszczenia tych rakiet. Dzisiaj już staje się to powszechną informacją. Nie potrafił też niczego powiedzieć o relacjach Rosja - Ukraina i Gruzja, a także nawet w tak ważnej i ciągle bolesnej kwestii Katynia, tak jakby to była rozmowa o niczym.

    W ubiegłorocznym exposé mówił pan, panie ministrze, że relacje z Rosją będą budowane poprzez Komitet Strategii Współpracy, Forum Dialogu Europejskiego i Grupę do Spraw Trudnych. O jakich efektach w tych obszarach możemy dzisiaj mówić? Jakie są rzeczywiste wyniki naprawy stosunków z Rosją? Oczywiście, mówienie o wartościach jest niezwykle ważne, mówienie o budowaniu reguł gry też ma swoje znaczenie, ale są trzy płaszczyzny struktury - mam nadzieję, że jeszcze istnieją - o których mówił pan rok temu, i dzisiaj nic nie wiemy o efektach ich działań. A Polska ma do odegrania w Europie niebagatelną rolę. Musi nie tylko głosić hasła potrzeby normalności stosunków Unii z Rosją, ale też przekonywać swych partnerów w Unii, że w sprawie Rosji powinniśmy działać wspólnie, a nie oddzielnie. Nadal brakuje polskiego głosu na międzynarodowej arenie w tej sprawie.

    Partnerstwo Wschodnie - i słusznie - to nasza europejska misja we Wspólnocie, popieramy, tylko, panie ministrze, jak je widzieć w kontekście dosyć chłodnych relacji z Moskwą? O tym też pan minister nie chciał mówić.

    Wysoki Sejmie! Panie Ministrze! Państwo Ministrowie! Chcemy odgrywać w Europie znaczącą rolę, kształtować nasz autorytet. Skoro tak, to sami powinniśmy podporządkować się zasadniczym regułom gry. Myślę tu o Karcie Praw Podstawowych, którą obiecał nam pan premier, ale przede wszystkim o traktacie lizbońskim. Jego podpisanie przez pana prezydenta oznaczałoby jedno: Polska rzeczywiście chce wspólnej polityki europejskiej, Polska chce być pełnoprawnym i pełnosprawnym członkiem wspólnoty. Gdyby traktat został przyjęty, zapewne także rozwiązanie problemu gazowego odbyłoby się szybciej i sprawniej.

    Zarówno pan prezydent, jak i rząd opowiadają się za potrzebą rozszerzenia Unii Europejskiej o kolejne państwa. A tymczasem szef Parlamentu Europejskiego pan Hans Poettering przestrzega nas, że bez podpisania traktatu o rozszerzeniu nie ma mowy. Należy być konsekwentnym. Nie wystarczy mówić, trzeba działać, a więc traktat trzeba podpisać. Tym bardziej że odpadł koronny argument, przytoczony tylko w innym kontekście przez pana ministra, argument, na który powoływało się Prawo i Sprawiedliwość, że traktat z Lizbony pozwoli Niemcom na odebranie ich ziem. Na szczęście październikowy wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wykazał racjonalność stanowiska polskiego i absurdalność zarzutów Prawa i Sprawiedliwości.

    Wysoki Sejmie! Pod koniec lutego odbędzie się w Brukseli szczyt przywódców Unii Europejskiej, który ma ocenić, w jaki sposób poszczególne kraje Unii walczą z kryzysem gospodarczym. Do tej pory kraje te nie zdołały ustalić wspólnej strategii walki z kryzysem. Chciałabym też usłyszeć głos polskiego rządu, polskie zdanie w tej kwestii. Pani kanclerz Angela Merkel proponuje już od dawna modernizację naszego kontynentu, a my nie mamy jeszcze nawet planu, jak ratować nasz kraj.

    Szkoda, że nie było nas na szczycie G-20 w listopadzie w Waszyngtonie, choćby w roli obserwatorów, tak jak wywalczyły to sobie małe kraje, Holandia i Czechy. A omawiano tam przecież najważniejszą wówczas dla świata sprawę: sprawę światowego kryzysu gospodarczego. Ale o kryzysie u nas w tym czasie było zastanawiająco cicho. Dla naszego rządu kryzys był - jak widać dzisiaj: niesłusznie - bardzo odległy.

    Panie ministrze, wspomniał pan na początku swojego wystąpienia o pewnych symptomach protekcjonalizmu państwowego. Czy polska polityka zagraniczna, właśnie w czasie kryzysu, dostatecznie zabezpiecza interesy naszego kraju przed takimi tendencjami pojawiającymi się zarówno w Stanach Zjednoczonych - kupuj tylko to, co amerykańskie - jak i w Europie, i czy Europa sama w sobie jest w stanie nas ochronić? To jest nowe zjawisko, które po czasie naszej transformacji jeszcze nie występowało, z którym mnie musieliśmy się jeszcze zmierzać.

    Mówimy o Europie i też, tak jak kolega Paweł Kowal, zwróciłam uwagę na pana ubiegłoroczne stwierdzenie, że Polska powinna - chyba dosłownie pan powiedział - trzymać się głównego nurtu Unii Europejskiej. Dla mnie to jest zbyt asekuracyjna myśl, bo rola Polski, powtórzę jeszcze raz, powinna być rolą inspirującą. Nasza aktywność powinna być znacznie większa. Wiąże się to oczywiście z odpowiedzialnością i zrozumieniem, że Unia to nasz przyjaciel, a nie - jak widzi to pan prezydent - nowa płaszczyzna rywalizacji państw narodowych. Unię trzeba wzmacniać, a nie osłabiać.

    Weszliśmy właśnie w okres polskich rocznic w Europie. Jesteśmy już 5 lat w Unii, 10 lat w NATO, obchodzimy 20-lecie ˝okrągłego stołu˝. Interesujące i smutne jest jednak to, że większość Niemców, Francuzów, Austriaków czy Belgów, jak wynika z grudniowego badania opinii publicznej, nadal negatywnie ocenia rozszerzenie Unii o Polskę i inne kraje, a naśmiewanie się z nas w Brukseli, że jesteśmy krajem kartofli i homofobii, także daje sporo do myślenia.

    Czas więc odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego tak jest, co zrobiliśmy, a raczej czego się od nas oczekuje, abyśmy mogli stać się krajem rozprowadzającym w Europie, a nie wlec się w drugim szeregu. Jesteśmy wprawdzie średnim krajem, ale nasza rola musi być wyraźna; zdecydowanie większa. Europa potrzebuje zmian. Polska powinna jasno kreślić ich kierunek.

    W listopadzie Fundacja Batorego zorganizowała, jak co roku, dyskusję na temat polityki zagranicznej i jej przewodniczący pan Aleksander Smolar przedstawił niezwykle interesujące koncepcje rozwoju Europy: euroatlantycką, euroeuropejską, a nawet euroazjatycką. Szkoda, że w naszej polityce zagranicznej nie ma takiego dalekowzrocznego, a tym samym też i realistycznego spojrzenia.

    Ostatnie wydarzenia związane z kryzysem pokazały, że Unia nie umie, a może, niestety, nie chce przemawiać jednym głosem. Kryzys uświadomił nam wszystkim, jak bardzo Europa jest podzielona, jak sprzeczne są interesy wielu państw Unii. Został obnażony brak wspólnej strategii Unii Europejskiej wobec wyzwań i zagrożeń energetycznych. Państwa dotknięte rosyjskimi i ukraińskimi restrykcjami zostały pozostawione same sobie. Byliśmy zadowoleni, że konflikt dotknął Polskę tylko w niewielkim stopniu, ale wykorzystywaliśmy go niestety - oczywiście jak to my, Polacy, panie ministrze Kowal, pan dzisiaj również to uczynił - do wewnętrznej walki politycznej, do zrzucania przez polityków odpowiedzialności na poprzednie ekipy. Nie wykazaliśmy się natomiast solidarnością wobec potrzebujących. Unia przegrywa z Rosją - także w wyniku naszej bierności. Bruksela, co prawda, broni się, twierdząc, iż w jej oczach straciły i Moskwa, i Kijów, problem jednak nadal istnieje. Tu także jest szansa na polskie działanie w interesie Europy.

    Nie wystarczy, panie ministrze, narzekać na porozumienie Merkel - Putin dotyczące gazociągu północnego. Pani kanclerz prowadzi twardą politykę. Doskonale wie, co jest dobre dla jej kraju, potrafi o to walczyć, wciągając, jak choćby w przypadku gazociągu północnego, Unię Europejską. Polska musi sobie zdawać sprawę z tego, że silna pozycja Niemiec to czynnik, który powinien być brany pod uwagę w procesie kształtowania naszych stosunków bilateralnych. Warto współpracować z silnym partnerem. Wprawdzie przeszłość jest bardzo ważną sprawą, ale przyszłość - jeszcze ważniejszą.

    Historia nie może determinować polityki wobec żadnego kraju, ani Niemiec, ani Rosji. Dlatego też szybsza, kolejna normalizacja stosunków z Berlinem i kontakty nie tylko o tematyce pojednawczej muszą być w stosunkach polsko-niemieckich niezwykle istotne.

    Niestety, dotychczas mamy więcej rozbieżności niż porozumienia; tarcza antyrakietowa, gazociąg północny, zamknięte rynki pracy czy asymetryczne traktowanie mniejszości polskiej w Niemczech i niemieckiej w Polsce. Nie wykorzystaliśmy też, panie ministrze, naszego partnerstwa weimarskiego, ale nie tylko z Niemcami, także w stosunkach bilateralnych z Francją, mimo ubiegłorocznych zapewnień pana ministra o zdynamizowaniu współpracy na tym polu.

    Kilka słów o kolejnych sąsiadach. Podstawową misją Polski jest Partnerstwo Wschodnie. Nasza propozycja została przyjęta z uznaniem przez Unię Europejską; cieszymy się. Czas jednak pokazał, że także z tym partnerstwem są kłopoty, często, jak w przypadku Ukrainy, powstałe nie z naszej winy. Partnerzy nam niestety nie pomogli. Nie powiodła się misja dyplomatyczna Wiktora Juszczenki w Brukseli, prezydent Ukrainy nie zdołał przekonać Europy, że jego kraj nie ponosi winy za wybuch kryzysu gazowego. Tak bardzo przez nas pielęgnowane przyciąganie Kijowa do NATO i do Unii Europejskiej oddaliło się więc znacznie w czasie. Dotyczy to także Gruzji, gdzie, jak się wydaje, miesiące obecnego prezydenta są policzone. Warto głębiej się zastanowić nad tym, czy i jakie błędy popełniliśmy w stosunku do obu wymienionych państw, jak mogliśmy skuteczniej im pomóc, jak mogliśmy lepiej wykorzystać Unię Europejską w naszych staraniach przyciągnięcia do niej Ukrainy i Gruzji.

    Wysoki Sejmie! Panie Ministrze! Klub Poselski Lewica z niepokojem obserwuje meandry polskiej polityki zagranicznej, uzależnione w dużej mierze od stanu napięcia między panem prezydentem a panem premierem. Nawołujemy obie strony konfliktu do myślenia w kategoriach państwa, a nie partyjniactwa, do wytworzenia także z Lewicą, bo pan prezydent nie jest jedyną opozycją, konsensusu w kwestii polskiej polityki międzynarodowej - tak, jak to było dawniej, za czasów prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, i tak, jak to obiecał pan premier Tusk w swoim ubiegłorocznym jesiennym exposé.

    Miniony rok niestety wykazał, że takiej spójnej polityki w Polsce nie ma. W jej kształtowaniu i wyrażaniu na międzynarodowej arenie w grę wchodziły wspomniane wyżej partyjne i, co gorsza, osobiste animozje. Prezydent i premier spierali się nie o pryncypia, by osiągnąć pożądany konsensus, ale często o sprawy drugorzędne. Przyczyną tego stanu nie są słabości konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, lecz niewłaściwe postawy osób zajmujących konstytucyjne stanowiska. Chlubnym wyjątkiem było wspólne zdanie na szczycie w sprawie emisji CO2.

    Nie sprawia mi żadnej satysfakcji ani tym bardziej przyjemności użalanie się nad niespójną polityką zagraniczną. Na dobrą sprawę nie powinno się o tym publicznie mówić, ale przecież mówi o tym z przekąsem cały świat, a Francja nawet nas poucza, wręcz ośmiesza. Dlatego też trzeba sobie uzmysłowić niezwykłą szkodliwość politycznego dogmatyzmu, który w wielu przypadkach zastępował tak potrzebną rzeczową dyskusję o tym, jak najlepiej, najskuteczniej realizować polską rację stanu.

    Nie sprawia mi też żadnej satysfakcji podkreślanie nieudanej wizyty pana prezydenta w Japonii czy równie nieudanego, raczej niepotrzebnego bojkotu igrzysk olimpijskich przez pana premiera, czemu SLD było oczywiście przeciwne. Chiny są dla nas bardzo ważnym partnerem, relacje polsko-chińskie powinny być na znacznie wyższym poziomie niż dotychczas. I dobrze się stało, że po zbędnym, raczej pokazowym bojkocie realizm w stosunkach polsko-chińskich bierze górę.

    Wysoki Sejmie! Przed polską dyplomacją stoją nie lada wyzwania związane z bezpieczeństwem świata, z globalizacją. Powoli nadrabiamy, panie marszałku, panie ministrze, czas stracony przez rządy ekipy Prawa i Sprawiedliwości. Za dwa lata dzięki Polsce - dzięki naszej prezydencji - może się w europejskiej historii rozpocząć nowa dekada. Taką właśnie rolę powinna odegrać Polska, proponując nowe rozwiązania, pod warunkiem że stać nas będzie na zaprezentowanie Europie konkretnego pomysłu. Musimy więc mieć skrystalizowany, długofalowy, a nie doraźny plan działania na międzynarodowej arenie. Jednak w sytuacji, kiedy istnieją u nas dwa konkurujące ze sobą ośrodki dyspozycyjne, jest to mało realne. Zamiast koncentrować się na koncepcji i realizacji polityki zagranicznej, musimy zabiegać o jej spójność.

    Dlatego też Sojusz Lewicy Demokratycznej jeszcze raz apeluje o doprowadzenie do porozumienia wszystkich sił politycznych, którego celem będzie realizacja jednej wspólnej polityki międzynarodowej. Tylko wówczas możemy być skuteczni w Europie i na świecie, tylko wówczas możemy być partnerami, z którymi będzie się liczyć i świat, i Europa.

Dziękuję.

Powrot